Ta strona używa ciasteczek (cookies). Korzystanie z niej oznacza zgodę na ich używanie.

Wyprawa na głuszce - Białoruś - Gorodok 13-18.04.2019.

⇒ Opis wyprawy na stronie Andrzeja
⇒ opis emocji z innej wyprawy Andrzeja na głuszce
⇒ emocje Księcia Sapiehy
⇒ trzy miłości myśliwskie Andrzeja

Moje wspomnienia:

Gorodok - Białoruś wschodnia, czyli tereny, które należały już do Związku Radzieckiego przed II Wojną Światową.

Jedziemy tam na podchód głuszców, tokowisko cietrzewi oraz ciągi słonek. Grupa nasza już sprawdzona Witek, Łukasz, Izio, Piotr i ja, z naszym przewodnikiem i wypróbowanym organizatorem Andrzejem.
Szczegóły, zawsze takie same, czy masz ważny paszport co najmniej 6 miesięcy po powrocie, czy masz odpowiednią ilość amunicji, czy masz zgodę na wywóz broni i amunicji z Polski itp.
Później spotkanie w Warszawie i samolot białoruskich linii lotniczych Belavia. Na lotnisku, jak zwykle kontrola dokumentów i kontrola broni wraz z numerami, a później liczenie ilość amunicji - nie często się to zdarza na granicy polskiej, ale tym razem się zdarzyło. Już bez broni i bagaży, spokojna kawa przed odlotem w kawiarni po przejściu granicy. Niektórzy zaglądają do sklepów bezcłowych, aby mieć coś na dezynfekcję po przylocie.
Granica na lotnisku po wylądowaniu w Mińsku... Po przejściu kontroli paszportowej czeka na nas organizator białoruski Sasza. On tam może wszystko!  Wypełnia wszystkie papiery, liczy ilość amunicji, pomaga przy szczegółowej kontroli broni i wczytywaniu się w jej numery, czy na pewno są takie same. W mojej dubeltówce na szczęście na każdej jej części numery się powtarzają, ale Izio ma problem, bo na kolbie zaczyna się numer, dalsza jego część jest na czółenku, a potem dopiero na lufach. Każda część broni przez to nosi inny numer. Już po wszystkim wsiadamy do busa i jedziemy kilka dobrych godzin na bazę do Gorodoka. W busie miła atmosfera, kosztujemy białoruskie wyśmienite wędliny oraz białoruską procentową wodę brzozową - wyśmienitą na zmęczenie, do tego jeszcze sało i podróż szybko mija.

Baza w Gorodoku nienajgorsza i gospodarz miły oraz całkiem niezłe jedzenie. Jednak to nie jest istotne, jutro o 4 rano wyruszamy na łowy.

Ja jadę uazem z miłym podprowadzającym (prawie w moim wieku) około jednej godziny. Przybywamy - jeszcze jest zupełnie ciemno. Zaczynamy swoją wędrówkę przy lampce mojego przewodnika. Jestem zły, że nie wziąłem swojej, ale po jakimś czasie jestem z tego zadowolony. Mam przecież ze sobą aparat fotograficzny, telefon, amunicję i jestem dość ciepło ubrany. Po przejściu około 3-4 kilometrów dochodzimy do rozlewiska, o którym mój przewodnik mówi, że to rzeczka. Na tym rozlewisku są położone pnie drzew. Przewodnik mówi: daj mi broń i torbę. Tutaj masz teraz kijek (wysokości dwóch i pół metra) - będziesz szedł krok w krok za mną.
Tak rozpoczynamy 4-ty czy 5-ty kilometr podróży od samochodu.
Po przejściu na drągach w wodzie 50 metrów, jestem całkowicie mokry z potu i ze strachu, żebym nie wpadł do wody i sobie nic nie zrobił. Później jest już bardziej sucho, las iglasto liściasty. Mój przewodnik cały czas nasłuchuje i pokazuje mi jeden kierunek. Po dwóch godzinach jesteśmy na miejscu i widzimy tylko paprzyska, a głuszców nie ma. Myślałem, że ja tu poczekam, a on pójdzie po samochód i spokojnie pojedziemy na bazę, a tutaj przykra niespodzianka, bo dowiaduję się, że nie ma innej drogi, niż ta która przyszliśmy. Powrót był już bardzo ciężki - myślałem, że tam zostanę i nie wrócę. Po powrocie do samochodu sprawdziłem, że przeszliśmy 12 kilometrów i że jutro rano będzie tylko ta różnica, że musimy wyjechać o dwie godziny wcześniej. Mnie się wydawało, że ja już chyba wolę zostać w bazie i nic nie widzieć. Wracamy, a tu się okazuje, że Piotr i Łukasz strzelili po głuszcu. Piotr, mając słuch absolutny, odtwarza całą pieśń głuszca, z wszystkimi jej zwrotkami. Adrenalina uderza już mocniej i serce wali coraz bardziej. W związku z tym idę szybko spać i rano jestem gotowy.
Rano okazuje się, że mój przewodnik ma już upatrzone inne głuszce i wie, że w nocy zapadły w drugim jego rewirze. Po przyjechaniu zaczynamy podchód. Po dwóch godzinach przewodnik już słyszy pieśń głuszca, a ja nie.
Bierze mnie za ręką i co jakiś czas podskakujemy do przodu. Jak on staje, to ja też. W pewnym momencie słyszę coś pięknego i łapię rytm pieśni w biegu, i staję po kolejnych zwrotkach.
Już jesteśmy pod drzewem, na którym ON tokuje i wtedy widzę jego sylwetkę i czekam na strzał, na szlifowanie. Jak tylko szlif się rozpoczyna mój przewodnik mówi, że teraz. Huk przerywa coś najpiękniejszego, co w życiu widziałem i na szczęście słyszałem. Olbrzymi ptak spada pomiędzy gałęziami, a ja jestem oszołomiony. Myślę o swoim Ojcu i o Stryjaszku, oni też tak podchodzili głuszce i ileż później o tym opowiadali.

Powracając na bazę, widzieliśmy tokujące cietrzewie. Niestety ich podejście jest niemożliwe, a czekanie na nie w bardzo niskich budkach (na leżąco) nie stanowiło dla mnie atrakcji.

Po nieudanych polowaniach na cietrzewie, pojechaliśmy na ciągi słonek. Co za raj, ileż słyszałem ciągnących słonek. W oczach widziałem mojego Ojca chrzestnego, który przez wiele lat w Bieszczadach organizował mi takie polowania.
... i widzę, i słyszę chrap słonki ciągnącej nad moją głową - szybki ruch lufą i ten, dla mnie królewski ptak, spada niedaleko.
Opowieści było mnóstwo i wiem jedno - bardzo chciałbym jeszcze raz tam pojechać, choćby zobaczyć tę knieję i te ptaki.