Ta strona używa ciasteczek (cookies). Korzystanie z niej oznacza zgodę na ich używanie.

MAZURSKIE CUDA - Elżbieta Sęczykowska

Obudził mnie mróz. Ten prawdziwy, mazurski - głęboki i czysty, taki, który nie szczypie, lecz zatrzymuje czas. Powietrze było nieruchome, jakby noc nie chciała jeszcze ustąpić porankowi. Drzewa stały w szadzi - każde źdźbło trawy, każda gałąź i wyschnięta łodyga oblepione były delikatnym lodowym puchem, który sprawiał, że świat wyglądał jak utkany z bieli i światła.
Podeszłam do balkonowego okna sypialni i wtedy je zobaczyłam.
Na łąkach, które od lat są naturalnym przedłużeniem naszego domu, stało stado - około dwudziestu byków i łań. Zbite w jedną chmarę, jakby instynkt kazał im być blisko siebie w ten mroźny poranek. Ich sylwetki rysowały się wyraźnie na tle oszronionego krajobrazu - ciepłe, żywe formy pośród lodowatej ciszy. Przez chwilę były jednością: jednym oddechem, jednym ruchem, jednym spokojnym istnieniem.
Stałam bez ruchu. Nawet oddech wydawał mi się zbyt głośny. Bałam się, że najmniejszy gest mógłby zakłócić to kruche porozumienie między mną a porankiem. Mazury uczą takiego patrzenia - uważnego, cichego, pozbawionego potrzeby posiadania. Tu cuda dzieją się same, jeśli tylko pozwoli się im wydarzyć.
Najpierw jedna z łań uniosła głowę. Potem druga. Któraś postawiła pierwszy krok - ostrożnie, niemal ceremonialnie, jakby sprawdzała, czy świat nadal jest bezpieczny. Chmara powoli zaczęła się rozpraszać. Zwierzęta kierowały się w stronę lasu, który czekał na nie w milczeniu, otulony szadzią jak świątynia. Każdy ruch był miękki, cichy, pełen zgody na rytm zimy.
Patrzyłam, jak znikają między drzewami, aż łąki znów stały się puste. Ale tylko pozornie. Bo to miejsce zapamiętuje wszystko - ślady kopyt, ciepło ciał, obecność życia.
Szadź trzymała się świata mocno. Na krzewach przy domu wyglądała jak misternie haftowana koronka. Na starych jabłoniach i brzozach tworzyła białe kontury gałęzi, jakby ktoś obrysował je światłem. Wszystko stało się nagle częścią baśni. Taki poranek nie potrzebuje słów - on sam jest opowieścią.
Wiem, że nie tylko jelenie są tu moimi sąsiadami. Regularnie, nie zakłócając ciszy, podchodzą pod sam dom inne zwierzęta. Sarny zaglądają ostrożnie w stronę tarasu. Zające zostawiają delikatne ślady na śniegu, jakby pisały własny alfabet. Lis czasem przemyka o świcie, rudy płomień na tle bieli. Ptaki przysiadają na poręczy balkonu, jakby sprawdzały, czy dzień już się obudził.
To nie są wizyty - to współistnienie. Dom na Mazurach nie oddziela mnie od przyrody, lecz w niej zanurza. Łąki są tu areną i sceną, na której codziennie rozgrywają się historie starsze niż ludzkie pamięci. Historie o przetrwaniu, ciszy, rytmie i uważności.
Gdy stado zniknęło w lesie, stałam jeszcze długo przy oknie. Mróz nie miał już znaczenia. W takich chwilach czuję, że Mazury nie są miejscem, lecz stanem bycia. Przypomnieniem, że świat wciąż potrafi być prosty i prawdziwy. Że piękno nie krzyczy. Że czasem wystarczy obudzić się o świcie, spojrzeć przez balkonowe okno i pozwolić, by cisza powiedziała wszystko.
- Elżbieta Sęczykowska